Frederik Pohl       W blasku komety

    Trudno by�o si� doszuka� podobie�stwa w osobach Alberta Novaka, m�czyzny, kt�ry podchodzi� Myrona Landaua oraz Sekretarza Stanu, ale jedn� cech� na pewno mieli wsp�ln�: pragn�li. Ca�a tr�jka pragn�a czego� z ca�ej duszy, a przedmiot pragnie� ka�dego z osobna nie znalaz�by, jak to cz�sto bywa, uznania w oczach przeci�tnie przyzwoitego cz�owieka kieruj�cego si� og�lnie przyj�tymi normami wsp�ycia spo�ecznego.

    Zacznijmy od m�czyzny, kt�ry podchodzi� Myrona Landaua, a �ci�lej, od samego Myrona Landaua. Myron r�wnie� pragn�� (a obiektem tych pragnie� by�a jego przyjaci�ka Ellen) z t� maskowan� starannie desperacj�, jaka charakteryzuje siedemnastoletniego m�odzie�ca, kt�ry jeszcze nigdy dot�d...

    Czynnikami przemawiaj�cymi przeciwko Myronowi tego lipcowego wieczora w Nowym Jorku by�y niedo�wiadczenie, niewiara w siebie oraz up�r samej Ellem ale po swojej stronie mia� pot�nych sprzymierze�c�w. Przed nim zalega�a wielka, kusz�ca czer� Central Parku, gdzie wszystko mo�e si� zdarzy�, a na niebie rozpo�ciera� si� doskona�y pretekst do zwabienia tam Ellen. Kupi� jej wi�c u Rupelmeyera porcj� mro�onego kremu truskawkowego i powi�d� spacerowym krokiem w kierunku parku paplaj�c po drodze o astronomii, pi�knie i mi�o�ci.

    - Jeste� pewien, �e to bezpieczne? - spyta�a Ellen spogl�daj�c trwo�liwie na sk�pane w �wietle sodowych lamp zaro�la.

    - Nie b�j nic - powiedzia� Myron bogatym w nutki rozbawienia g�osem posiadacza br�zowego pasa w karate, uzyskanego na jednej z najlepszych akademii na West Side, chocia� tak naprawd�, to nigdy jeszcze nie wychodzi� po zmroku do Central Parku. Ale przemy�la� ju� sobie wszystko ze szczeg�ami i by� prze�wiadczony, �e dzisiejszego wieczora nie grozi im tam �adne niebezpiecze�stwo. A w ka�dym razie nie takie, kt�re odstraszy�oby go od spodziewanej zdobyczy. Nad g�ow� ja�nia�a wielkim blaskiem pi�kna kometa b�d�ca ostatnio na ustach wszystkich, a wiecz�r by� bezchmurny. W parku b�dzie du�o ludzi obserwuj�cych niebo, rozumowa�, a zreszt� dok�d jeszcze m�g�by j� zabra�? Przecie� nie do swojego mieszkania przytkni�tym do drzwi pokoju go�cinnego uchem babci czyhaj�cej tylko na pretekst do wej�cia i przyst�pienia do poszukiwa� swoich okular�w. Przecie� nie do apartamentu Ellen z tkwi�cymi tam bezlito�nie matk� i siostr�.

    - Komet� s�abo wida� ze �rodka ulicy - powiedzia� ze znawstwem, otaczaj�c Ellen ramieniem i odk�aniaj�c si� przystojnemu, siwow�osemu gentlemanowi, kt�ry uprzejmie uk�oni� im si� pierwszy: - Za du�o tu �wiat�a, a zreszt� daj� s�owo, Ellen �e nie wejdziemy daleko.

    - Nigdy jeszcze nie obserwowa�am komety - ust�pi�a, pozwalaj�c poprowadzi� si� �cie�k�. Prawd� m�wi�c kometa Ujifusy-McGinnisa nie by�a wcale tak trudna do zaobserwowania. Rozpo�ciera�a sw�j warkocz na ponad �wier� nieba, topi�c w nim Altaira, Veg� i gwiazdy wok� Deneba, a jej blasku nie przyt�umia�y nawet jasne �wiat�a uliczne Nowego Yorku. Dominowa�a na niebie nawet tysi�c mil na po�udnie, gdzie w o�wietlonej reflektorami Hali Monta�owej technicy pracowali w pocie czo�a przez dwadzie�cia cztery godziny na dob� nad przygotowaniem do startu sondy kosmicznej, kt�ra mia�a zg��bi� tajemnice Ujifusy-McGinnisa.

    Myron spojrza� w g�ra i da� si� na chwil� oczarowa� wspania�o�ci widowiska, szybko si� jednak zreflektowa�.

    - Ach - westchn�� sun�c z wolna palcami ku dolnemu zboczu piersi Ellen - pomy�l tylko, �e wszystko, co widzisz, to tylko gaz. Nic tam w�a�ciwie nie ma. I to miliony mil st�d.

    - To cudowne - powiedzia�a Ellen ogl�daj�c si� przez rami�. Wydawa�o si� jej, �e us�ysza�a jaki� trzask. Wcale jej si� nie wydawa�o. Ten trzask rozleg� si� na prawd�. Stopa przystojnego siwow�osego gentlemana nast�pi�a na suchy patyk. Skr�ci� w�a�nie z alejki wy�o�onej p�ytami chodnikowymi pod os�on� kar�owatych krzak�w i by� teraz zaj�ty naci�ganiem damskiej nylonowej po�czochy na swoje siwe w�osy i twarz. On te� dok�adnie zaplanowa� ten wiecz�r. W prawej kieszeni jego p�aszcza spoczywa�a zwi�zana w supe� we�niana skarpetka z p� funtem stalowych kulek z �o�ysk- to na Myrona. W lewej kieszeni p�aszcza kry� si� sk�adany, starannie naostrzony n�. To na Ellen - po pierwsze, �eby mie� pewno��, �e nie krzyknie, po drugie, �eby si� upewni�, i� nigdy ju� tego nie uczyni. Nie zna� ich imion, kiedy �adowa� kieszenie i opuszcza� sw�j farmerski dom w Waterbury w Connecticut, udaj�c si� na wieczorne wyst�py do miasta, ale wiedzia� z g�ry, �e kogo� sobie upatrzy.

    On te� spojrza� w g�r�, na komet�, ale z irytacj�. Kiedy pokazywa� j� c�rce u siebie, na podw�rku w Connecticut, wygl�da�a �adnie. Tutaj stanowi�a bli�ej nieokre�lon� zawada. Za bardzo, jak na jego gust, rozja�nia�a mroki nocy, chocia� musia� uczciwie przyzna�, �e nie by�o a� tak �le, jak podczas pe�ni ksi�yca.

    Nie minie wi�cej jak pi�� minut, obliczy� sobie, jak ch�opak wprowadzi dziewczyn� w krzaki. Ale w kt�re? �eby tylko wybrali jego stron� alejki! W przeciwnym przypadku b�dzie musia� przebiec �cie�k�. Wi�za�o si� to z pewnym niebezpiecze�stwem i by�o k�opotliwe, bo poci�ga�o za sob� przemykanie si� ukradkiem w ma�o dystyngowany spos�b. Jednak zabawa warta by�a takiego zachodu. Zawsze by�a tego warta.

    Przystojny siwow�osy gentleman skrada� si� za nimi cicho z gotow� ju� do u�ycia ci�k� skarpetk� w d�oni. W swych intymnych partiach cia�a odczuwa� pierwsze rozkoszne dreszcze seksualnego podniecenia. By� szcz�liwy jak nigdy dot�d.







    Mniej wi�cej dwa tysi�ce lat wcze�niej, kiedy Jezus by� ma�ym ch�opcem w Nazarecie, a Cezar August liczy� swoje pos�gi i z�oto, rasa istot przypominaj�cych swoim wygl�dem mi�kkoskorupiaste kraby, zamieszkuj�ca planet� okr��aj�c� gwiazd� odleg�� o jakie� dwie�cie lat �wietlnych od Ziemi, stwierdzi�a istnienie Wielkiego Muru Chi�skiego.

    Nic dziwnego, �e nie zauwa�yli nic wcze�niej, poniewa� on jeden, po�r�d �wczesnych wytwor�w r�k Cz�owieka, by� w miar� dostrzegalny przez ich teleskopy. Jego budow� zako�czono przed niespe�na dwustu pi��dziesi�ciu laty, a wi�kszo�� tego czasu up�yn곱 na powolnym przemieszczaniu si� �wiat�a z Ziemi do ich planety. Poza tym mieli do obserwowania wiele, wiele innych planet i niewiele czasu na ka�d� z nich. Ale wi�cej wymagali od swych s�ug i dziesi�� tysi�cy cz�onk�w podbitej rasy umar�o wtedy w m�kach, co mia�o stanowi� dla innych zach�t� do wi�kszej pilno�ci w wywi�zywaniu si� ze swych obowi�zk�w.

    Aroganccy, jak nazywali siebie sami i jak nazywali ich wasale, od razu postawili na swych kolektywnych naradach kwestie czy podbija� Ziemie i czy przy��czy� ludzko�� do grona swych lennik�w, skoro ju� stwierdzili, �e ta ludzko�� istnieje. By� to ich zwyczaj zapocz�tkowany przed eonami. Uczyni� ich skrajnie niepopularnymi na ogromnych po�aciach galaktyki.

    Po wnikliwym rozwa�eniu sprawy postanowili na razie nie zawraca� sobie g�owy. Czym bowiem by�o para usypanych na kupa kamieni? Nie, jaki� rodzaj cywilizacji na pewno tam istnieje, ale planeta Ziemia wydaje si� zbyt odleg�a, zbyt banalna i zbyt uboga, �eby warto by�o j� podbija�.

    Wychodz�c z tego za�o�enia, Aroganccy poprzestali na rutynowej procedurze podejmowanej w podobnych przypadkach. Po pierwsze zarz�dzili uprowadzenie w swych dyskokszta�tnych pojazdach pewnej liczby okaz�w ziemskich istot rozumnych oraz innej fauny. Okazy te umiera�y w wielkich cierpieniach dostarczaj�c w trakcie tego procesu wielu istotnych informacji o chemii swego cia�a, o jego budowie fizycznej i sposobach my�lenia. Po drugie, Aroganccy wys�ali grup� obserwacyjn� z�o�on� z cz�onk�w jednej z podbitych przez siebie ras; nakazano im zasiedlenie j�dra komety i trzymanie stamt�d na oku tych endoszkieletowych, ale potencjalnie irytuj�cych stwor�w, kt�re rozwin�y rolnictwo, wynalaz�y ogie�, miasto i ko�a, ale nie dysponowa�y jeszcze nawet chemicznymi materia�ami wybuchowymi.

    Nast�pnie wyrzucili Ziemie ze swych kolektywnych, bezkregowych umys��w i powr�cili do bardziej interesuj�cych rozwa�a� nad �rodkami, jakie nale�y podj�� przeciwko rasie insektopodobnych istot zamieszkuj�cych parn� planet� o wysokim wsp�czynniku ci��enia, le��c� w zupe�nie innym kierunku ni� Ziemia, w pobli�u j�dra galaktyki. Insekty upar�y si�, �e nie dadz� si� podbi� Aroganckim. �ci�lej, zniszczy�y poka�n� liczb� wys�anych przeciwko nim flot wojennych.

    Niemal czwarta cze�� kolektywnej inteligencji Aroganckich po�wi�ca�a si� planowaniu zadania tym insektom kl�ski w otwartej bitwie. Przewa�aj�ca cze�� reszty ich inteligencji oddawa�a si� przyjemno�ci kontemplowania tego, co zrobi� insektom po wygraniu tej bitwy, �eby gorzko po�a�owa�y swojego zdecydowanego oporu.







    Podczas gdy przystojny, siwow�osy gentleman podchodzi� Myrona i Ellen, druga osoba, kt�ra pragn�a - Sekretarz Stanu Stan�w Zjednoczonych Ameryki P�nocnej - znajdowa�a si� o czterdzie�ci tysi�cy st�p wy�ej i o sto mil na p�noc od Central Parku. Wspomniany Sekretarz Stanu przebywa� na pok�adzie czterosilnikowego odrzutowca, kt�rego dzi�b zdobi�a ameryka�ska flaga narodowa, i przechodzi� w�a�nie napad niezbyt skutecznie maskowanego z�ego humoru.

    - Zamknij si�, Danny - powiedzia� Prezydent Stan�w Zjednoczonych drapi�c si� z pos�pn� min� miedzy palcami bosych st�p. - Gor�czkujesz si� bez powodu. Nie m�wi� przecie�, �e nie mo�emy zbombardowa� Wenezueli. Pytam tylko, dlaczego mamy j� zbombardowa�? I dobrze ci radz�, licz si� ze s�owami, kiedy ze mn� rozmawiasz.

    - Niech pan sam si� liczy ze s�owami, panie Prezydencie! wrzasn�� Sekretarz Stanu przekrzykuj�c ryk silnik�w. - Mam ju� po dziurki w nosie pa�skiej gry na zw�ok�, uchylania si� od podj�cia ostatecznej decyzji i niewiele brakuje, �ebym zaraz wysiad� i zwali� ca�� robole na pana. Zwa�ywszy ujawnione niedawno fakty - mam na my�li Islandia - nie wydaje mi si�, aby ta perspektywa przypad�a panu do gustu.

    - Danny, ch�opcze - warkn�� Prezydent. - Masz brzydki zwyczaj odgrzebywania starych historii. Nie odbiegaj od tematu. Musimy mie� rop�, zgoda. Oni maj� rop�, ka�dy to wie. Nie chc� nam jej sprzeda� po rozs�dnej cenie, a wiec wymagasz ode mnie, �ebym nie dawa� im �y�, dop�ki nie zmieni� zdania. Zgadza si�? Zapominasz jednak, �e istnieje w�a�ciwy i niew�a�ciwy spos�b za�atwiania takich spraw. Dlaczego nie mieliby�my, jak zwykle, poprzesta� na paru pogr�kach i potrz��ni�ciu szabelk�?

    - Ale ta ich bezczelno��, panie Prezydencie! Ten uw�aczaj�cy ton noty, kt�r� przes�ali na moje race. Tu ju� nie chodzi o rop�, ura�ona zosta�a narodowa duma naszego kraju.

    - Oj, Danny, Danny - westchn�� Prezydent. - �atwo ci m�wi�. Ty nie masz na karku Kongresu, kt�ry zagl�da ci wci�� przez ramie i patrzy na r�ce przy ka�dej, najdrobniejszej nawet sprawie - jeszcze raz westchn�� ci�ko i otworzy� nast�pn� puszka bezkalorycznej wody mineralnej. -Jednego tylko nie rozumiem powiedzia� i urwa� stawiaj�c gazem znak przestankowy. - Dla czego musimy uderzy� na nich- akurat dzi� wieczorem, kiedy trwa w�a�nie posiedzenie Kongresu?

    - T�umaczy�em ju� panu, panie Prezydencie - warkn�� z rozdra�nieniem Sekretarz - �e �le dzia�a nasz system ��czno�ci. Utracili�my zasi�g globalny. Wyst�puj� silne zak��cenia jonosferyczne spowodowane niespotykanie pot�nym nap�ywem promieniowania wydzielanego najwyra�niej przez ...

    - Och, przesta� - powiedzia� z cierpieniem w g�osie Prezydent. - Chcesz po prostu powiedzie�, �e to kometa wpieprza si� w parad� naszym s�u�bom nas�uchowym.

    Sekretarz zacisn�� usta.

    - Nie wiadomo, czy to kometa, panie Prezydencie. Nie stwierdzono tego dot�d z ca�� pewno�ci�, chocia� wiele przemawia za tym, �e jaki� zwi�zek istnieje. Mniejsza z tym. Sytuacja w kt�rej si� obecnie znajdujemy, polega na tym, �e nie mamy pe�nej ��czno�ci. Nie wiemy wiec, czy Wenezuelczycy nie planuj� czasem podst�pnie jakiego zdradzieckiego ataku. Chce pan ryzykowa� bezpiecze�stwo Wolnego �wiata, panie Prezydencie? Wi�cej nic ju� nie powiem.

    - Tak, dopi��e� swego, Danny - powiedzia� Prezydent. Obr�ci� si� w swoim fotelu i zapatrzy� na jasn� pow�d� bia�ego �wiat�a rozlewaj�cego si� nad wschodnim horyzontem, gdzie unosi�a si� kometa Ujifusy-McGinnisa. - S�ysza�em o gorszych pretekstach do rozpocz�cia wojny - mrukn�� w zadumie - tylko nie przypominam sobie dok�adnie kiedy. No dobrze, Danny. Zrobimy, jak radzisz. Daj mi Charliego na kanale szyfrowym. Zarz�dza atak za dwie godziny.







    Obserwatorzy Aroganckich, kryj�c si� w skalistym j�drze komety ochrzczonej nazwiskami dw�ch astronom�w amator�w, kt�rzy r�wnocze�nie j� odkryli, studiowali wyniki swego skanowania Ziemi urz�dzeniem przypominaj�cym nieco radar. By�a to procedura rutynowa. Nie zdawali sobie sprawy, �e swoim skanowaniem zak��caj� ziemski system ��czno�ci, ale to nie by�o ich zmartwienie. Mieli za zadanie rozproszy� nad Ziemi� grad cz�steczek i przechwyci� je, kiedy b�d� powraca�y po odbiciu od powierzchni planety, celem przeprowadzenia nad nimi bada� zrobili to, a z wynik�w bada� wywnioskowali, �e planeta Ziemia osi�gn�a stan alarmowy. Znajdowa�a si� na zaawansowanym etapie ery technologicznej, a tym samym stawa�a si� ju� nie potencjalnym, ale realnym zagro�eniem dla ich pan�w.

    Prawda m�wi�c, Aroganccy nie byli ju� wcale tacy aroganccy jak dawniej. Dosy� regularnie obrywali ci�gi w trwaj�cych ju� od tysi�ca lat zmaganiach z insektoidami. Wynik brzmia�, z grubsza bior�c, 53 dla Aroganckich do 23 724 dla Insektoid�w. Wiedz�c o tym, obserwatorzy orientowali si�, �e w tych okoliczno�ciach ich zadanie nie obejmuje fizycznego podboju Ziemi. Zostanie ona po prostu zniszczona.

    Nic prostszego. W arsena�ach Aroganckich sk�adowano mn�stwo sprz�tu do obr�cenia w perzyna zamieszkanej planety. Nie zda� niestety egzaminu, u�yty przeciwko insektoidom, ale by� a� za pot�ny do rozprawienia si� z tak�, dajmy na to, ludzko�ci�. �rodki zag�ady do realizacji tego zadania by�y do dyspozycji w ka�dej chwili, ale nie dla obserwator�w, kt�rzy stali o wiele za nisko w hierarchii, �eby powierza� im co� takiego.

    Ich zadanie by�o o wiele prostsze. Wymagano od nich tylko, aby zameldowali, co zaobserwuj�, a nast�pnie zmi�kczyli rodzaj ludzki tak, �eby nie by� w stanie stawia� oporu, nawet biernego, ekipom porz�dkowym, gdy te przyb�d� ze swoimi rozdrabniaczami planet.

    Zmi�kczanie stanowi�o problem techniczny o pewnym stopniu komplikacji, ale rozwi�zano go ju� dawno. Uprowadzeni przedstawiciele ludzko�ci umierali brzydko, lecz nie nadaremnie. Przynajmniej z punktu widzenia Aroganckich, gdy� konaj�c w m�czarniach dostarczali o sobie informacji, kt�re pos�u�y�y Aroganckim do opracowania stosownych metod zmi�kczaj�cych. Nast�pnie, na wszelki wypadek, przeszkolono w tym zakresie obserwator�w.

    Z punktu widzenia uprowadzonych ludzi, kwestia po�yteczno�ci ich m�cze�skich �mierci mog�a, rzecz jasna, spotka� si� ze zgo�a odmienn� odpowiedzi�. Nikomu jednak nie przysz�o do g�owy, aby ich o to pyta�.

    W ka�dym razie obserwatorzy w��czyli generatory, kt�re mia�y zmi�kczy� rodzaj ludzki i przygotowa� go do zag�ady. Czekaj�c na nagromadzenie si� �adunku, odszukali wsp�rz�dne i sygna� wywo�awczy kr���cego najbli�ej superpancernika Aroganckich i wys�ali do� wezwanie, aby przyby� i doko�czy� dzie�a bomb� planetarn�. Nast�pnie oddali si� w swoim gronie dyskusji nad przewidywaniami, co do nast�pnej misji szpiegowskiej. Nie by�a to dyskusja owocna. Bomby planetarne s� broni� paskudn� i nie by�o wielkich widok�w na to, �e kometa Ujifusy-McGinnisa, poruszaj�c si� po swojej orbicie, wyniesie ich tak daleko, �eby znale�li si� poza zasi�giem wybuchu. �aden z nich nie mia� te� poj�cia, jakie s� plany Aroganckich w stosunku do obserwator�w, nawet gdyby wyszli z tego ca�o. Wszyscy jednak byli zgodni co do tego, �e na pewno nie s� to plany uszcz�liwienia ich.







    Zajmijmy si� teraz Albertem Novakiem. Znajdowa� si� on na pok�adzie innego czterosilnikowego odrzutowca wznosz�cego si� z lotniska Kennedy'ego na przydzielon� mu wysoko�� przelotow� i bior�cego kurs na lotnisko mi�dzynarodowe w Los Angeles. Albert by� ostrzy�onym na je�a m�odzie�cem, kt�ry nosi� si� z pewnym zamiarem. Za s�siada mia� niskiego siwego cz�owieka z Zachodu o ogorza�ym obliczu zgry�liwego ��wia, kt�ry wyci�gn�� do niego r�k� i powiedzia� agresywnym tonem, wskazuj�c ruchem g�owy za okno:

    - Co za piekielna granda! Czy wie pan, �e agencja kosmiczna chce wyda� trzydzie�ci milion�w dolar�w z pa�skich podatk�w tylko po to, �eby ko�o tego pow�szy�? Trzydzie�ci milion�w dolar�w! �eby pow�cha� jaki� zje�cza�y gaz! Nie dopuszcz� do tego, dop�ki jestem cz�onkiem Komisji Aeronautyki i Przestrzeni Kosmicznej. Pan pozwoli, �e si� przedstawi�. Jestem kongresmenem... - ale m�wi� do �ciany. Albert Novak nie u�cisn�� jego d�oni, nawet nie zaszczyci� go spojrzeniem. Pomimo �e nadal w trzech j�zykach p�on�� pod sufitem napis "Zapi�� pasy", odpi�� si� i ruszy� przej�ciem mi�dzy rz�dami foteli. Stewardesy sykn�y na niego i z oci�ganiem zacz�y odpina� si� same, �eby odprowadzi� go na miejsce. Zignorowa� je. Nie mia� najmniejszego zamiaru lecie� na lotnisko mi�dzynarodowe w L.A., a do sterwardesy odezwie si�, kiedy zdecyduje, �e przysz�a na to pora. Wszed� do toalety z magnetofonem kasetowym i zamkn�� za sob� drzwi na zasuwk�, �eby nikt mu nie przeszkadza�.

    Magnetofon kasetowy nie nadawa� si� ju� ani do nagrywania, ani do odtwarzania. Poprzedniego dnia Albert usun�� z niego wszystkie wn�trzno�ci zast�puj�c je kilkoma dodatkowymi bateriami i zwojem cienkiego drutu, kt�rym ��czy� teraz ostro�nie trzydzie�ci laseczek dynamitu z zapalnikami, kt�re wszy� na oczach u�miechaj�cej si� matki kr�tkowidzki pod podszewk� swego p�aszcza.

    Chocia� Novak uwa�a� si� za porywacza, nie mia� zamiaru wymusza� zmiany kursu odrzutowca i ��da� l�dowania na Kubie, w Caracas, ani te� w Algierze. Nie chodzi�o mu o samolot. Nie chcia� nawet stu milion�w dolar�w okupu, kt�rych zamierza� za��da�.

    G��wnym pragnieniem Novaka by�o zwr�cenie na siebie czyjej� uwagi. Je�li chodzi o przemy�lany przeze� ze wszystkimi szczeg�ami plan akcji, to polega� on na tym, �eby podej�� do stewardesy z r�k� na detonatorze, pokaza� jej genialne urz�dzenie, kt�re uda�o mu si� przemyci� przez wykrywacze metalu, uda� si� w jej towarzystwie, jak ka�e tradycja, na pok�ad za�ogi, a nast�pnie, kiedy linie lotnicze przyst�pi� do gor�czkowego zbierania pi�ciu milion�w nie znaczonych banknot�w dwudziestodolarowych, w kt�rych zamierza� za��da� wyp�acenia okupu, zamkn�� prze��cznik i detonowa� dynamit ku og�lnej w�ciek�o�ci i konfuzji.

    Wiedzia�, �e niszcz�c samolot, sam zginie. Nie przyk�ada� do tego zbytniej wagi. Jedynym powa�nym niedoci�gni�ciem, nad kt�rym ubolewa�, by�o to, �e ten genialny sk�din�d plan wyklucza� mo�liwo�� ujrzenia twarzy matki, kiedy zaczn� si� wok� niej k��bi� reporterzy i ekipy telewizyjne, a ona dowie si�, �e jej syn rozpieprzy� na cztery wiatry kup� r�nych ludzi oraz samolot za trzydzie�ci milion�w dolar�w.







    Generatory w j�drze komety Ujifusy-McGinnisa by�y ju� ca�kowicie na�adowane.

    Obserwatorzy Aroganckich, w kwa�nych humorach, wycelowali wi�zk� w planet� Ziemi�. Nie omieszkali starannie jej wyregulowa�, bo wiedzieli jakie by�yby konsekwencje spartolonej roboty. Kiedy wszystko by�o ju� gotowe, zerwali plomb�, kt�ra blokowa�a prze��cznik g��wny i wyzwolili wi�zk�.

    W kierunku bli�szej p�kuli planety trysn�o pod postaci� sp�jnego strumienia trzy miliony wat�w mocy. W atmosferze nast�pi�y natychmiast pewne chemiczne zmiany, a pr�dy termiczne i w�drowne wiatry roznios�y je wok� ca�ego globu.

    Stosowany sprz�t by� wysoce kierunkowy, ale obs�uguj�cy go obserwatorzy znajdowali si� bardzo blisko, a w gr� wchodzi�y ogromne ilo�ci energii. Spryska�o ich troch� promieniowanie. Istnia�y przecie� pewne straty ulotowe, pewne odbicia, nawet od rozrzedzonych gaz�w otoczki komety.

    Poniewa� na podstawie eksperyment�w przeprowadzanych dwa tysi�ce lat temu na uprowadzonych promieniowanie zaprojektowano specjalnie do wykorzystania przeciwko rodzajowi ludzkiemu, mia�o ono jedynie ograniczony wp�yw na obserwator�w. Ale tak si� sk�ada�o, �e byli oni dwup�ciowymi, ciep�okrwistymi istotami oddychaj�cymi tlenem i wykazuj�cymi wiele cech wsp�lnych z ras� ludzk�, a wi�c obs�ugiwana przez nich bro� podzia�a�a na nich w spos�b wielce zbli�ony do tego, w jaki mia�a podzia�a� na ludzko��.

    Najpierw poczuli nag�y, ostry przyp�yw emocji, kt�r� zidentyfikowali lale dopiero w drodze logicznej dedukcji jako weso�o��. Postawienie tej diagnozy nie by�o spraw� prost�, bo niewiele mieli w �yciu okazji do zaznania podobnego stanu. Ale spogl�dali teraz na siebie z g�upkowat� czu�o�ci� i na swoje niezbyt ludzkie sposoby wsp�lnie prze�ywali niespodziewany atak euforii.

    Nast�pnym doznaniem, jakie im si� udzieli�o, by� silny, fizyczny b�l, kt�remu towarzyszy�y wymioty, zawroty g�owy i uczucie og�lnego os�abienia, a przyczyn� tego by�o wch�oni�cie dawki promieniowania bardziej ni� wystarczaj�cej do uczynienia z nich potulnych koci�t gotowych bez sprzeciwu wystawi� si� na nokautuj�cy cios Aroganckich. Ten stan r�wnie� rozpoznali. Wydedukowali, �e umr�, i to ca�kiem szybko.

    Wisia�o im to podobnie jak Albertowi Novakowi, zamierzaj�cemu wysadzi� si� w powietrze wraz z samolotem. Warto by�o. Byli szcz�liwi. Tak w�a�nie mia�o podzia�a� promieniowanie na rodzaj ludzki i dobrze spe�ni�o swoj� funkcj�.







    I na ca�ej zwr�conej w kierunku komety stronie Ziemi w miar� jak promieniowanie przenika�o ludzko��, strach zast�powa�a weso�o��, spok�j zast�powa� zdenerwowanie, mi�o�� zast�powa�a nienawi��.

    W Central Parku trzech m�odych lump�w pu�ci�o dziewczyn�, kt�r� zwabili na przysta� wio�larsk� i postanowi�o wst�pi� na Harvard. Na po�udniowym skraju parku, siwow�osy gentleman wypad� z krzak�w na Myrona i jego dziewczyn�.

    - Moje drogie dzieci! - krzycza� �ci�gaj�c z twarzy damsk� po�czoch�. - Jacy wy jeste�cie s�odcy i mili. Jak bardzo przypominacie mi moich ukochanych syna i c�rk�. Pozw�lcie, �e zafunduj� wam najlepszy pok�j hotelowy z pe�n� obs�ug� w Nowym Jorku.

    W normalnych okoliczno�ciach incydent ten wkurzy�by Myrona Landaua, zw�aszcza �e uda�o mu si� w�a�nie rozwi�za� zagadk� zapinki biustonosza Ellen. Ale teraz sam by� tak przepe�niony radosnym upojeniem, �e zdo�a� tylko wykrztusi�:

    - Ale� oczywi�cie, przyjacielu, zgadzamy si�. Ale pod warunkiem, �e b�dziesz nam towarzyszy�. W przeciwnym przypadku nie skorzystamy z twojej propozycji.

    A Ellen wtr�ci�a s�odko:

    - Po co nam pok�j w hotelu, prosz� pana? Czy nie mo�emy od razu tutaj wyskoczy� z tych ciuch�w?

    Bezpo�rednio nad ich g�owami, na wysoko�ci czterdziestu tysi�cy st�p, w prezydenckim odrzutowcu odbywaj�cym z szybko�ci� ponadd�wi�kow� podr� powrotn� z Letniego Bia�ego Domu w pobli�u Boothbay Harbor w stanie Maine, Sekretarz Stanu wzni�s� w g�r� pa�aj�ce ekstaz� oczy i powiedzia�:

    - Kochany panie Prezydencie, dajmy mulatom jeszcze jedn� szans�. To zbyt pi�kny wiecz�r, �eby m�ci� go spuszczeniem bomby wodorowej na Caracas.

    A Prezydent, otoczywszy go ramieniem, zaszlocha�:

    - Danny, jako dyplomata nie jeste� wart funta k�ak�w, ale zawsze m�wi�em, �e z ciebie najzacniejszy cz�owiek w ca�ym gabinecie.

    Przerwa� im na chwil� wielki b�bel pomara�czowo��tego b�ysku nad zachodnim horyzontem, ale to nie pasowa�o zbytnio do ich transcendentalnej ekstazy. Zacz�li �piewa� na g�osy wszystkie stare dobre kawa�ki, w rodzaju "Tam nad m�y�skim potokiem", "S�odka Adeline", oraz "Pracowa�em na kolei" i czerpali z tego igle przyjemno�ci, �e Prezydent zupe�nie zapomnia� o nadaniu przez radio komunikatu odwo�uj�cego jego poprzedni rozkaz nalotu na Caracas. Nie by�o to zreszt� konieczne. Brygady mechanik�w podwieszaj�ce bomby do lataj�cych fortec B-52 zrzuci�y �adunek z podno�nik�w wid�owych i urz�dzi�y sobie wy�cigi na w�zkach transportowych, a tymczasem dowodz�cy akcj� genera� Curtis T. "Skwaszona dupa" Pinowitz zdecydowa�, �e zamiast skaka� na spadochronie nad Wenezuel� celem wsparcia nalotu bombowego woli uda� si� na ryby. Szuka� w�a�nie swojego spinningu, niepomny ha�asu dochodz�cego z pobliskiego lotniska polowego, gdzie 101 dywizja powietrzno-desantowa g�osowa�a, czy lecie� do Disneylandu, czy na Riwiere. (W ka�dym razie Wenezuelczycy, a �ci�lej m�wi�c, ci cz�onkowie wenezuelskiego rz�du, kt�rzy zadali sobie trud odbierania telefon�w od obywateli, postanowili w�a�nie da� Jankesom tyle ropy, ile chc� i na powa�nie rozwa�ali propozycj� sperfumowania jej ja�minem).

    Kula ognia, kt�ra rozb�ys�a nad horyzontem, nie by�a jednak ma�o znacz�cym incydentem.

    Albert Novak popu�ci� nieco uchwyt przedramieniem, kt�rym obejmowa� szyje ma�ej, br�zowookiej stewardesy i zacz�� jej wyja�nia�, �e do wysadzenia w powietrze odrzutowca nie sk�aniaj� go �adne uprzedzenia osobiste, ale �e widzi w tym jedyny spos�b, �eby jego matka po�wieci�a mu tyle uwagi, co jego bratu Dickowi. Chocia� j�ka� si� i zacina� tak, �e trudno go by�o zrozumie�, stewardesa poj�a od razu o co mu chodzi. Ona te� mia�a zar�wno matk�, jak i starszego brata. Jej �adne br�zowe oczy nape�ni�y si� �zami wsp�czucia i w przyp�ywie mi�o�ci zarzuci�a Albertowi r�ce na szyj�.

    - M�j ty biedaku - p�aka�a pokrywaj�c poca�unkami jego szczeciniast� twarz. - Daj, kochany! Ja ci pomog�. M�wi�c to, wyrwa�a mu z r�ki magnetofon kasetowy uwa�aj�c, by nie roz��czy� przewod�w i zamkn�a wy��cznik detonuj�c zapalniki wszystkich trzech laseczek dynamitu na raz.

    Stu trzydziestu jeden m�czyzn, kobiet i dzieci przeistoczy�o si� w jednej chwili w spadaj�cy z nieba grad zmaltretowanych och�ap�w mi�sa. By�y w�r�d nich szcz�tki pilota, drugiego pilota, trzeciego pilota oraz o�miu innych cz�onk�w za�ogi; plus, spo�r�d pasa�er�w, matek, dzieci, par w trakcie miesi�ca miodowego i nie prze�ywaj�cych miesi�ca miodowego, ale r�wnie zakochanych par, kt�rym tak si� w �yciu u�o�y�o, �e nie zawar�y zwi�zku ma��e�skiego, ksi�dza w cywilu, prawnika pozbawionego uprawnie� adwokackich oraz kongresmana z Oregonu, kt�ry ju� nigdy nie zrealizuje swego marzenia o rozwi�zaniu NASA i niedopuszczeniu do dalszego topienia pieni�dzy podatnik�w w kosmosie, kt�ry, jak utrzymywa�, jest pusty i zupe�nie nieciekawy.

    Kimkolwiek by�y w ca�o�ci te och�apy r�banki, wszystkie wygl�da�y teraz bardzo podobnie. Nie mia�o to znaczenia. �aden z pasa�er�w nie umar� nieszcz�liwy, poniewa� wszyscy znale�li si� pod wp�ywem komety.







    G��boko wewn�trz j�dra komety Ujifusy-McGinnisa ekran urz�dzenia, na kt�rym mia� si� pojawi� sygna� odbioru rozkazu zniszczenia Ziemi, pozostawa� pusty. �aden sygna� nie nadszed�. A zreszt�, nawet gdyby nadszed�, nikt by go nie zauwa�y�, a ju� na pewno nie obserwatorzy, tylko �e nigdy dot�d si� nie zdarzy�o, aby nie udzielono odpowiedzi na podobne wezwanie.

    Przyczyna tego by�a prosta. Pancernik Aroganckich, do kt�rego zosta�o skierowane wezwanie, podobnie jak wi�kszo�� innych jednostek wchodz�cych w sk�ad ich floty galaktycznej, dawno ju� rzucono przeciwko fortecom insektoid�w zamieszkuj�cych j�dro galaktyki. Tam, podobnie jak inne, zosta� szybko zniszczony, a wi�c komunikat wys�any przez obserwator�w nigdy nie dotar� do adresata.

    Obiektywnie rzecz bior�c, a� �al pomy�le�, �e ca�y ten wk�ad energii, intelektu i �rodk�w nie przyni�s� �adnych namacalnych, widocznych go�ym okiem rezultat�w, poza sprawieniem przyjemno�ci kilku miliardom zaawansowanych naczelnych. Chocia� by�o czego �a�owa�, Aroganccy nie przejmowali si� tym zbytnio. Mieli do rozpami�tywania mn�stwo �al�w. To, co pozosta�o z ich kolektywnej inteligencji, by�o bez reszty poch�oni�te problemem zwyk�ego przetrwania w obliczu nadci�gaj�cych flot insektoid�w oraz, bez w�tpienia, samoobwinianiem si�.

    Obserwatorom by�o ju� wszystko jedno; dawno zgin�li od ostatecznej, nie daj�cej si� znie�� rozkoszy.

    I jak si� okaza�o, nie umarli tak ca�kiem nadaremno. Poniewa� �mier� nie pozwoli�a kongresmanowi z Oregonu doprowadzi� do ko�ca projektu rozwi�zania NASA, a wraz z nim umar�y wszystkie jego wp�ywy i plecy, planowana misja badawcza w kierunku komety nie zosta�a odwo�ana. Co prawda sonda nie wystartowa�a w zaplanowanym terminie, bo efekty dzia�ania promieni szcz�cia wysy�anych z komety utrzymywa�y si� przez kilka dni i technicy z NASA nie byli po prostu w stanie zawraca� sobie g�owy takimi sprawami, gdy ich euforia si�ga�a fazy maniakalnej.

    Ale stopniowo �wiat powr�ci� do... normy? Nie. Stanowczo nie mo�na uzna� za normalny �wiata, na kt�rym przez wi�kszo�� czasu wszyscy znajduj� si� w b�ogim nastroju. Ale �wiat ustabilizowa� si� na poziomie, kt�ry przypomina� w pewnym stopniu jego dawny rytm pracy i odpoczynku. Tak wiec astronautom uda�o si� znale�� inne okno startowe i zrealizowa� projekt spotkania z komet�, a to co tam znale�li sta�o si� punktem zwrotnym w dziejach rasy ludzkiej i ca�ej galaktyki. Obserwator�w ju� nie by�o, ale pozostawili po sobie bro�.

    Kiedy astronauci powr�cili na Ziemie z najpo�ledniejszym z ich �rodk�w z�iszczenia o najmniejszej sile ra�enia, Prezydent Stan�w Zjednoczonych zrezygnowa� z rozegrania partii golfa i przylecia� na pok�ad "Independence", �eby si� temu przyjrze�.

    - O rany! - zarechota� w zachwycie i przera�eniu zarazem. - Gdybym tym dysponowa� dwa miesi�ce temu, Brazylia mia�aby port morski na Karaibach!

    Wenezuela prosperowa�a sobie jednak nietkni�ta. A Prezydent nie m�g� sobie znale�� miejsca. Chocia� by� pogodny i w zgodzie w ca�ym �wiatem, co� nie dawa�o mu spokoju - stare przyzwyczajenia trudno umieraj�. Rozmy�la� du�o, a najd�u�ej i najsugestywniej nad tym, �e je�li istnieje taka bro�, to musi te� gdzie� istnie� nieprzyjaciel kt�ry j� skonstruowa� i wyprodukowa� i �e pewnego dnia ten nieprzyjaciel mo�e tu powr�ci� i zrobi� z niej u�ytek. Maj�c to na uwadze, z pewnymi oporami, ale bez w�a�ciwie �adnej innej mo�liwo�ci wyboru, polecia� z powrotem do Waszyngtonu, zaprosi� do siebie ambasador�w Wenezueli, Kuby, Kanady, ZSRR, Chi�skiej Republiki Ludowej oraz Zjednoczonych Republik Irlandzkich Wielkiej Brytanii wy�o�y� im bez ogr�dek, jak sprawy stoj�.

    Chocia� politycy odczuwali jeszcze resztki dobrego nastroju wywo�anego przez komet�, nie stracili jednak zdolno�ci logicznego rozumowania. Szybko dotar�o do nich, �e gdzie� tam istnieje zewn�trzny wr�g, wobec kt�rego oni wszyscy, jak tu siedz�, sprawiaj� wra�enie zgranej paczki dobrych przyjaci�. Nikt nie by� w nastroju do wyrywania si� z jakimi� lokalnymi konfliktami mi�dzynarodowymi. Tak wi�c podpisano traktaty, wyasygnowano fundusze i rozpocz�a si� budowa.

    I rasa ludzka, na nowo uzbrojona i wyposa�ona we wspania�e statki kosmiczne, wyruszy�a na poszukiwanie Aroganckich.

    Nie znale�li ich, rzecz jasna. Podczas kiedy przygotowywali si� do wykonania swojego ruchu, ostatni z Aroganckich wyzion�� ducha, nieprzejednany a� do ko�ca. Ale par� dobrych pokole� p�niej, ludzie natkn�li si� na insektoidy z j�dra galaktyki i to, co wynik�o wtedy z tego dla insektoid�w, usatysfakcjonowa�oby nawet Aroganckich.

Prze�o�y� Jacek Manicki

    powr�t